Wracamy do lat 90 część 3

Pamiętacie, że ostatnio rozpisuję się na temat gier karcianych z dzieciństwa? Z pewnością znacie Kuku – prostą grę, którą z pewnością znacie i w nią graliście.

Zacznę od jej uproszczonej wersji. Mimo że to dopiero początek tekstu, nastąpi Wojna! Tak, tak – cała talia gier, a czasem nawet i dwie i można było grać bardzo długo! Niemalże w nieskończoność. Gra polegała, no właśnie i tu zdaję sobie sprawę, że Wojna nie ma dosłownie nic wspólnego z Kuku. Hmm… chociaż to zależy od wersji! Omówię zatem każdą z nich.

Niezależnie od wersji, mamy dwóch graczy, z czego każdy otrzymuje tę samą liczbę kart. W tej nawiązujące do Kuku jedna osoba kładzie kartę, a następna kolejną ze swojej kupki, jeśli okazuje się, że karta jest pod kolor lub ma ten sam symbol – karta zostaje na środku a kupka wyrzucanych kart rośnie. Jeśli okazuje się, że któraś z kart nie pasuje – trzeba zabrać wszystkie karty znajdujące się na środku. Wówczas odbywa się następny ruch – wyrzucenie jednej karty i wszystko zaczyna się od nowa. Dla wielu ta gra jest po prostu nudna, ale pamiętam, że zdarzało mi się w nią grywać, szczególnie gdy byłam naprawdę mała.

Druga wersja Wojny polegała tak samo na równym podziale kart, tym razem jednak karty miały układać się w kolejności od najniższej do najwyższej. Gdy jednemu z graczy się to nie udało – musiał zabrać wszystkie karty. Wówczas stanowiły one pulę na jego kolejne ruchy. Gra kończyła się, gdy jedna z osób nie miała przy sobie żadnej karty.

Przeszliśmy już przez gry karciane dla dzieci, teraz bierzemy się za wyższy lewel. Od czego by tu zacząć? Lecimy po kolei – Pan. Tu w grze dysponowało się kartami od dziewiątki do asa, pozostałe były zbędne. Należało układać karty od najniższej do najwyższej. Zatem od dziewiątki do asa. Kolejne karty wykładało się zgodnie z symbolem lub kolorem. Gdy dana osoba nie miała ruchu – zabierała wszystkie karty. Zawsze grę rozpoczynała osoba, która miała dziewiątkę kier (już pamiętam, że to czerwone serduszko, może w końcu przestanie mi się to mylić). Odbywało się to nawet wtedy, gdy ktoś zabierał ze środka wszystkie karty. Gra była ciekawa, można było grać w kilka osób. Zdarzało się, że kart było nieco za mało – wtedy łączyło się dwie talie, oczywiście obie od dziewiątek. Gra była w miarę łatwa i wiele osób lubiło w nią grać. Jednak niektórzy uważali, że była zbyt prosta, dlatego woleli grać w Remika albo dla mnie poziom hard – w tysiąca. Obie te gry omówię w kolejnym tekście.

Ciekawa jestem, jaki był Wasz stosunek do gry w Wojnę i Pana. Podzielcie się ze mną także swoimi ulubionymi grami karcianymi. Może coś opuściłam i będę musiała jeszcze wrócić do tematu?  Oczywiście zrobię to z chęcią, jeśli okaże się, że grywałam i znam daną karciankę.

Wracamy do lat 90 część 2

To już kolejny tekst z tej serii. Ostatnio opowiadałam Wam o grach karcianych z tamtego okresu i obiecałam kontynuację. Zatem wracamy do Makao.

Skończyłam na wyjaśnianiu kolejnych kart i omawiania ich znaczenia. Karta z czwórką to postój dla następnego gracza, jedynie czwórka karo tyczyła się osoby poprzednio wykonującej ruch. Walet lub inaczej, Jopek dawał opcję zażądania konkretnej karty – chodziło zarówno o znak identyfikacyjny, czy była to na przykład dama i do tego wskazywało się jeszcze konkretny kolor. Gdy gracze jej nie mieli, po prostu pobierali kartę z talii. Można było także „rzucić” tę kartę po prostu bez żadnego żądania. Asy oznaczały możliwość zmiany koloru, gdy nie chciało się go zmieniać, po prostu rzucało się kartę. Na koniec gry, gdy graczowi „na ręku” pozostawała jedna karta, musiał powiedzieć: „Makao”, a gdy ostatnia – „I po Makale”. Jeśli zapomniał – nawet w ostatecznej fazie gry musiał pobrać kartę i grać dalej. Mało brakowało, a bym zapomniała! Został jeszcze jeden typ karty – Joker. Ona mogła oznaczać dowolnie wybraną kartę, wystarczyło tylko powiedzieć, jaką zastępuje.

W grę Makao grało się wszędzie – podczas wypadów do parku, deszczowych popołudni a nawet zimowych wieczorów. Każdy umiał grać w tę grę, a rozgrywka zajmowała dosłownie kilka minut. Teraz zamierzam przypomnieć sobie wszystkie zasady, ustalić odpowiednią wersję gry i znowu mieć przed sobą rozłożone pięć kart!

Oczywiście poza Makao jest jeszcze Kuku, a w Kuku grało się bardzo łatwo – każdy z graczy otrzymywał po 3 karty, pobierając kolejne, należało dążyć do pozostawienia „na ręku” kart , które składają się na karetę – trzech kart z tej samej kategorii, na przykład trzy dziesiątki lub trzy damy. To mogły być również karty występujące po sobie, na przykład dziewiątka, dziesiątka i jopek lub jak nazywają go inni – walet. Rozgrywka była bardzo krótka, ale przyjemna, szczególnie polecana dla najmłodszych.

Zaawansowana wersja tej gry, wymagająca przynajmniej czterech uczestników to Kent – zasady były dokładnie takie same, ale mieliśmy drużynę. Gracze siedzieli naprzeciwko siebie i mówimy tu o osobach z jednej drużyny. Gdy jedna osoba z zespołu miała już karetę – musiała pokazać do kolegi lub koleżanki ze swojego zespołu ustalony wcześniej znak. Po jego zobaczeniu osoba z drużyny krzyczała: „Kent!”. Gdy przeciwnikom wydawało się, ze widzą przekazywane znaki przez przeciwników, mówili: „Stop!”.  Grało się na punkty, zazwyczaj do dziesięciu. Zespół, który zgadł otrzymywał punkt lub dwa (jeśli obie osoby miały karetę). Zespół, który w odpowiednim momencie powiedział STOP i przeciwnicy mieli karetę – otrzymywał odpowiednio jeden lub dwa punkty. Gra była bardzo zabawna. Osoby dawały różne znaki, często po to, by zmylić pozostałych graczy.

Jest jeszcze uproszczona gra Kuku. Jesteście ciekawi? Czytajcie kolejny tekst!

Wracamy do lat 90.

Czy to czas Waszego dzieciństwa? Ja do tego okresu podchodzę z uśmiechem i bardzo lubię go wspominać. Być może nie chodzi jedynie o same lata 90., ale o beztroskie chwile, gdy byłam jeszcze mała.

Wtedy wieloma rzeczami po prostu się nie przejmowałam, sprawy dorosłych były poza mną, a ja mogłam spędzać czas na zabawie z rówieśnikami i rodzeństwem. Każdy wtedy umiał grać w karty, pamiętacie Makao, Kuku i Kenta? Z pewnością! Dla starszych dzieciaków z większym doświadczeniem i większymi umiejętnościami były gry typu: Pan, Remik i Tysiąc. Swoją drogą w tę ostatnią nauczyłam się grać dopiero w ostatnim czasie. Gdy współcześnie przyszło mi zagrać w Makao, okazuje się, że wielu zasad po prostu nie pamiętam i dłużej zajmuje mi zdecydowanie się na daną kartę. Mylą mi się także kolory występujące w talii kart. Możecie stwierdzić, przecież jest ich tylko 4! Ale dla mnie zapamiętanie tych nazw jest czymś niemalże niemożliwym! Spróbujmy – pik to chyba czarne serduszko skierowane ku dołowi, nazywany potocznie winem. Trefl to z pewnością czarne drzewko. Karo to tak zwane dzwonki, czyli romb o czerwonej barwie. Został jeszcze jeden, hmm… serce – totalnie nie pamiętam!

W grze Makao mogła grać dowolna ilość graczy, ważne by starczyło kart dla wszystkich. Gdyby zabrakło lub chciałoby się nieco utrudnić czy przedłużyć grę – wystarczyło połączyć dwie talie. Tutaj gracze otrzymywali po pięć kart. Po tej czynności na środek została wyłożona jedna karta. Kolejne osoby miały swój ruch zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Były karty, które nie miały żadnego znaczenia – piątki, szóstki, siódemki, ósemki, dziewiątki, dziesiątki, damy – wystarczyło dobierać je zgodnie z kolorem, bądź łączyć na podstawie symbolu – dama do damy, piątka do piątki. W niektórych wersjach gry można było od razu wyrzucać po kilka kart z tym samym symbolem. Dwójki i trójki oznaczały pobranie kart zgodnie z liczbą – zdarzało się, że dla jednego gracza do wzięcia było wiele kart, niekiedy nawet ledwo mieściły się „na ręce”. By przeciwnik musiał wziąć karty, można było także posłużyć się królem z czerwonym sercem lub królem z czarnym, odwróconym sercem, czyli do dyspozycji był król pik i ten, co oczywiście nie pamiętam… ale już wiem! To kier! Zatem, jak już mogę posługiwać się profesjonalnymi nazwami, król kier zobowiązywał do pobrania jednorazowo pięciu kart następującemu przeciwnikowi. Natomiast król pik wiązał się z wzięciem pięciu kart przez gracza, który poruszał się wcześniej. W zależności od wersji gry – można było łączyć ze sobą jedynie króle pik i kier lub wszystkie karty, które zmuszają przeciwników do pobrania kart. Pozostałe kolory króli – karo i trefl nie miały żadnego znaczenia.

Co oznaczały kolejne? Niedługo się dowiecie!

Wspomnienie lat 90 – część druga

Lata 90. to nie tylko czas, gdy dzieci całe dnie spędzały na dworze. Lata 90. To również wspomnienia słodyczy charakterystycznych dla tego okresu.

W każdym domu podczas spotkań towarzyskich gościły słone paluszki podawane oczywiście w szklance. Z pewnością pamiętacie słynną scenę z filmu pod tytułem „Kogel Mogel”, gdzie Kasia zamiast paluszków i herbaty, przygotowała najlepsze jedzenie, jakie było w domu. Kolejnym przysmakiem były oczywiście galaretki w cukrze. Na sklepowej półce były zawsze w okrągłym opakowaniu, a każda z nich przypominała kształtem i wyglądem przepołowiony plasterek cytryny. Galaretki były oczywiście w różnych kolorach. Dziś również można je spotkać, jednak są produkowane przez inne firmy.

Niegdyś nikt nie kupował gotowego popcornu w plastikowym opakowaniu, nie było również saszetek, które obecnie wkładamy na 3-4 minuty do kuchenki mikrofalowej. W sklepach dostępne były ziarna kukurydzy, które wsypywało się na rozgrzany olej znajdujący się na patelni. Kolejne z ziaren pękały pod wpływem temperatury i przeistaczały się w popcorn. Jednak to nie jedyny chrupiący przysmak, jaki można było przygotować samodzielnie. Do tego dochodzą również snaki – tak zwane „okienka”. W opakowaniu były twarde i małe, a po wrzuceniu na gorący tłuszcz rosły i stawały się przyjemnie chrupiące. Z takimi oto słodyczami udawaliśmy się przed telewizor na ulubiony program.

Lata 90. To również czas, gdy w sklepach oprócz oranżady w szklanych butelkach, wody z syfonu i „Kaskady” pojawiały się inne gazowane napoje, najczęściej o smaku pomarańczowym. Stosowana wówczas metoda produkcji została dość szybko zakazana, ponieważ picie tak przygotowanego napoju, niekorzystnie wpływało na zdrowie. W szkołach podstawowych królowały oranżady, które sprzedawano w plastikowych woreczkach, a do każdego była dołączona słomka. Później zostały one zastąpione soczkami w kartonikach wraz z przyczepioną słomką.

W tym okresie po raz pierwszy pojawiały się w Polsce słodycze z zachodu – „Snickers”, „Mars” – batony, które do dziś można dostać wszędzie na świecie. Dzieciaki zajadały się także chrupkami kukurydzianymi, które następnie pojawiały się w różnych smakach. Któż nie jadł ryżu preparowanego, jaki kupowało się w dużej plastikowej torebce? Oczywiście dostępne były również lizaki kolorujące język oraz różne kwaśne cukierki. Kultowe były gumy „Shock”.

Niekiedy słodycze spotykane w tamtym okresie po latach wracają. Z sentymentem chcemy zabierać je ze sklepowych półek do koszyka i przypominać sobie smak dzieciństwa. I choć zdajemy sobie sprawę z tego, że gumy „Turbo” stracą swój smak dosłownie po kilku sekundach od włożenia do buzi i tak z nostalgią je spożywamy i ochoczo sprawdzamy dołączony obrazek samochodu.

Wspomnienie lat 90

Kiedy się urodziliście? Czy w okolicy lat 90.? Jeśli tak to z pewnością ten czas wspominacie z lekką nostalgią. Mimo że wówczas nie było zbyt kolorowo, dzieciństwo spędzone w tym okresie, dobrze się kojarzy.

Przede wszystkim to jak dzieciaki spędzały czas. Wszystkie maluchy bawiły się razem i praktycznie całe dnie spędzały na dworze. Któż z Was nie chodził po drzewach, nie grał w dwa ognie czy w kwadraty lub nie bawił się w chowanego czy podchody? Już po samym wymienieniu tych aktywności można się uśmiechnąć pod nosem. Pamiętam swoje ulubione drzewa, na których budowaliśmy domki i się bawiliśmy. Całą grupą dzieci z osiedla braliśmy piłkę i graliśmy w dwa ognie. Teraz już nawet dobrze nie pamiętam zasad tej prostej zabawy. W kwadraty zazwyczaj grali chłopcy, ale ja również lubiłam do nich dołączyć, mimo że nie byłam w tym tak dobra jak oni. Pochody to chyba najlepsza zabawa z dzieciństwa. Dzieliliśmy się na dwie drużyny i omawialiśmy obszar, gdzie miała odbywać się gra. Pierwsza drużyna wyruszała kilka minut wcześniej, druga dopiero po jakimś czasie. Zabawa polegała na pozostawianiu „znaków” drużynie przeciwnej. Trzeba było rysować strzałki, wykorzystywać różne przedmioty do pozostawienia kierunku poszukiwania dla tych, którzy należeli do poszukującej drużyny. Gra kończyła się, gdy udało się znaleźć pierwszą grupę. Wówczas można było zamienić się rolami.

Przypominam sobie także jak bawiliśmy się w „palanta” – świetna zabawa w samym środku naszego parku, przy którym mieszkaliśmy. Wierzba wyznaczała środek boiska. Oczywiście dzieliliśmy się na dwie drużyny. Do tej zabawy niezbędny był nam kij – tak zwany palant. W wyznaczonym miejscu zawodnik podrzucał piłkę i uderzał w nią kijem. Zadaniem przeciwników było jak najszybsze złapanie piłki i odrzucenie jej w miejsce, z którego została wyrzucona. W tym czasie kolejni zawodnicy zdobywali bazy. Zabawa przypominała współczesny, amerykański baseball. Ogromne emocje były wzbudzane wtedy, gdy piłka wpadła do pobliskiego śmietnika, wówczas drużyna mogła zdobyć ogromną ilość punktów.

We wspomnieniach pamiętam kilka, a nawet kilkanaście zabaw przy trzepaku. Wspinaliśmy się na niego i robiliśmy najróżniejsze figury. Trzepaki były wówczas częścią każdego osiedla, a dziś ciężko je spotkać. Ale to jeszcze nie koniec pomysłowości dzieci z tamtego okresu, gdzie nie było zbyt wielu placów zabaw. Rysowaliśmy gry na ulicach i chodnikach, w ten sposób graliśmy w klasy i inne wyliczanki. Ściana wysokiego budynku służyła nam za idealne miejsce do grania w tak zwanego „króla” – przeskakiwanie przez piłkę, która wcześniej odbiła się od ściany. Do tego dochodzi jeszcze oczywiście gra w gumę – co to były za emocje! Wyjmowana i trójki – to moje ulubione gry.

Ciekawe, czy teraz dzieci też znają te zabawy? Jak myślicie?

Jak zdrowo się odżywiać we współczesnym świecie?

Tematy związane ze zdrowiem i prowadzeniem zdrowego stylu życia to aktualnie temat na czasie. Obecnie przecież na nic nie mamy czasu, wszędzie się spieszymy, dlatego ciężko jest nam poświęcić nawet kilka czy kilkanaście minut na przygotowanie pełnowartościowych posiłków. Zaczęliśmy przykładać więcej wagi do tego, co jemy, jednak trudno jest nam wprowadzić codzienne gotowanie jako stały element dnia.

Niegdyś na polskich stołach gościły głównie polskie potrawy, takie jak schabowy z ziemniakami, mielony z buraczkami, rosół czy pierogi. Teraz sięgamy także po inspiracje z innych krajów. W ten sposób jemy lżejsze jedzenie, choć w sumie zdarza się też to bardziej kaloryczne, jeśli na przykład mówimy o kuchni amerykańskiej czy brytyjskiej. Polacy zazwyczaj gotują w weekendy – wówczas mamy więcej czasu dla siebie i dla rodziny. Nawet wtedy ciężko jest przygotować jedzenie na cały tydzień, tym bardziej, by zachowało swoją świeżość i by było różnorodne. Jak zatem poradzić sobie z zachowaniem pięciu posiłków dla zrównoważonej i zdrowej diety?

Coraz więcej osób decyduje się na tak zwane diety pudełkowe, które polegają na dostarczaniu jedzenia tego samego dnia nad ranem lub dnia poprzedzającego. W kartonowym pudełku lub papierowej torbie kurier przywozi prowiant na cały dzień. Każdy z posiłków zapakowany jest w oddzielne pudełko. Jedzenie jest gotowe do spożycia lub wystarczy je podgrzać w kuchence mikrofalowej. W niektórych firmach cateringowych obowiązuje jedno menu, a posiłki różnią się tylko ilością kalorii. Jednak są również takie firmy, gdzie można zgłosić produkty żywieniowe, na jakie ma się alergie. W ten sposób z diety pudełkowej mogą korzystać osoby nietolerujące laktozy i glutenu oraz innych substancji.

Czy na takiej diecie można się nudzić? To zależy jakie ma się upodobania i czy posiłki są na tyle różne, by nie wprowadzały znudzenia w kolejnych dniach. Z pewnością taka dieta jest wygodna. Nie trzeba robić zakupów, zastanawiać się, co przygotować i realizować posiłków w kuchni. Ponadto nie trzeba iść nigdzie na lunch, ponieważ jedzenie mamy zawsze przy sobie.

Może zdarzyć się, że dana dieta komuś nie odpowiada. To jednak nie jest problemem, ponieważ firm cateringowych na rynku jest wiele i zawsze można skorzystać z usług innej, być może takiej, której posiłki mogą bardziej smakować.

Kto inspiruje nas do zdrowego odżywiania? Na temat zdrowego odżywiania jest wiele teorii, ale nie wypływają one z naukowych przekonań. Osobami, które przekazują swoje spostrzeżenia na ten temat to głównie blogerzy i youtuberzy. Często dzielą się ze swoimi fanami tym, jakie diety sami stosują i chwalą się osiągniętymi rezultatami w mediach społecznościowych.

Bulletproof Coffie

przygotowuje się kuloodporną kawę, staje się wyjątkowo delikatny. Dla kogo zalecana jest Bulletproof Coffie? Ten wyjątkowy sposób przygotowywania kawy polecany jest szczególnie osobom, które chcą zrzucić wagę. Wypicie jej na czczo może sprawić, że nie będziemy czuli głodu nawet przez cały dzień. Kawa sama w sobie jest kaloryczna i nie można traktować jej jak zwykłej kawy, lecz doliczyć do codziennego bilansu kalorycznego. Stosując odpowiednie ćwiczenia spalające tłuszcz, można przy pomocy Bulletproof Coffie zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Dlaczego wybrano właśnie taką nazwę? Kuloodporna kawa zawiera również właściwości, które pozwalają łatwiej się rozbudzić i utrzymać koncentrację. To dzięki zawartym w kawie terpenom, które w połączeniu z tłuszczem są lepiej przyswajalne przez organizm, nasz organizm łatwiej się rozbudza i koncentruje na zadaniu. To dlatego kawa z masłem jest polecana osoba, od których wymaga się wzmożonego wysiłku psychicznego. Studenci w trakcie sesji czy pracownicy naukowi mogą korzystać z kawy z masłem jako bezpiecznego rozwiązania. Z pewnością nie powinno się pić takiej kawy codziennie przez kilka lat, ponieważ może to prowadzić do niebezpiecznego skoku złego cholesterolu. Jednak potraktowanie jej jako czasowego środka wspierającego przy sesji czy odchudzaniu nie przyniesie żadnych szkodliwych skutków.

Na co zwrócić uwagę kupując nowy laptop?

Większość osób używa komputera do pracy, chociaż zdarza się, że pełni on  w niej tylko dodatkowe funkcje i nie jest jej głównym narzędziem. Czym innym przy wyborze będzie kierował się grafik czy montażysta, a czym innym handlowiec, który swojego laptopa używa do przedstawiania prezentacji oferty firmy. Osobną historią są laptopy dla graczy. Przed zakupem zastanów się, co najbardziej przeszkadzało Ci w dotychczasowym komputerze. Może zbyt szybko rozładowywała mu się bateria lub nie mogłeś wykonywać prostych czynności związanych z montowaniem filmów z wakacji? Szczególną uwagę zwróć na pamięć RAM. Ma ona niebagatelny wpływ na funkcjonowanie komputera. Laptop służący do zwykłych zadań, jak korzystanie z internetu, exela czy pisania tekstów może mieć 4-6 GB RAM. Minimalna pamięć, jaka potrzebna jest dla graczy to 8 GB, są jednak gry, które wymagają większej pamięci. Graficy mogą pracować już na sprzęcie 16 GB, lepiej jednak jeśli komputer na którym pracują również był szybszy. A czym kierować się wybierając drukarkę? Możemy wybierać pomiędzy drukarkami laserowymi a atramentowymi. Powszechnie uważa się, że do grafik lepiej jest używać drukarek atramentowych. Jeśli drukarka jest nam potrzebna tylko do drukowania tekstów, bez problemu można wybrać drukarkę laserową. Jeszcze innym wyjściem jest wybranie drukarki żelowej, która jest wyjątkowa oszczędna.

Japońska sauna

Ganbanyoku to doskonała alternatywa dla osób, dla których tradycyjna sauna to zbyt duże obciążenie dla organizmu.

Tradycyjna sauna to powietrze rozgrzane niemal do 65 stopni. Niektórzy nie czerpią przyjemności z przebywania w takiej temperaturze, jest to dla nich zbyt ekstremalne przeżycie. Inni doskonale odnajdują się w przebywaniu w takim otoczeniu, dodatkowo zakończając rytuał korzystania z sauny kąpielą w zimnej wodzie. Dla osób, które wolą jednak mniej intensywne doznania, ciekawym rozwiązaniem może być skorzystanie z japońskiej wersji sauny – Ganbanyoku. Te japońskie, rozgrzane kamienie przynoszą ciału podobne ukojenie, jak wizyta w parującej saunie. Ich temperatura jest jednak znacznie niższa i pozwala swobodnie na nich leżeć. Gorące, płaskie kamienie osiągają nawet 42 stopnie. Można leżeć na nich na ręczniku lub bezpośrednio. Przyjemność płynąca z nawet półgodzinnej wizyty jest niezwykła. Temperatura zostaje wyrównana. Ciało poci się, ale nie jest tak rozgrzane jak w przypadku zwykłej sauny. Ciepło z japońskich kamieni wnika bardziej w głąb komórek ciała.

Regularne stosowanie sauny bezpośrednio przekłada się na zdrowie. Już kilka wizyt jest w stanie zapewnić nam zwiększoną odporność. Korzystanie z Ganbanyoku wpływa korzystnie na krążenie, dzięki czemu kobiety mogą zauważyć u siebie zmniejszenie się cellulitu. W czasie godzinnej sesji można pozbyć się wody z organizmu i wyjść lżejszym nawet o 1000 kalorii. Przebywanie w japońskiej saunie działa również detoksykacyjnie na organizm, oczyszczając go z toksyn. Po wizycie w Ganbanyoku nie będziesz spocony na tyle, że będzie Ci niezbędny prysznic. Wystarczy, że wytrzesz się ręcznikiem. Po wyjściu podobnie jak w przypadku zwykłej sauny, możesz skorzystać z chłodnej kąpieli. Niektórzy bardzo cenią sobie taką zmianę temperatur, przypisując jej zwiększanie odporności organizmu. Korzystanie z japońskiej sauny ma również działanie głęboko relaksacyjne, odprężające, a nawet antydepresyjne. Czas spędzony w półmroku i cieple pozwala zredukować poziom stresu i wrócić do harmonii po męczącym tygodniu. Ganbanyoku to jeden z sekretów długiego życia Japończyków.